Cały dzień z książkami (f. to zaiste fascynujący przedmiot, obfituje w wrażenia), więc trzeba było coś zrobić, parę kilometrów - tak, dla przewietrzenia mózgu. Samemu, więc był czas na myślenie. Udało mi się depnąć. Trochę boli, chyba nie mam kondycji, ale wycieczka była pod hasłem "zdążyć przed zmrokiem". No ale na koniec zachód słońca jak się patrzy, żałuję, że nie zatrzymałem się cyknąć.
Leniwa ta niedziela, sezon grillowy rozpoczęty, a to niezbyt dobre dla kondycji. Trzeba pojeździć, dobrze się złożyło, że M. chciał żeby się z nim przejechać "tak na luzie, nie bijemy rekordów, pogadamy sobie." Skoro tak, to ok, przejedziemy chociaż kawałek trasy przez wioszki w otulinie Kampinosu. Po drobnych sprzeczkach na temat topografii miasta ruszyliśmy. Jedziemy, przez pola, ruchu zero, wiatr w mordę, słońce w oczy i muchy w zęby. "Bo ja się umówiłem, nie jedźmy daleko." Kurde. Kolejny, wziął i się umówił! Trasy skracać tak za bardzo nie można. To źle robi trasie. Trzeba trochę przyspieszyć, bo innej opcji nie ma. Jest z wiatrem - jest prędkość. Wiatr się zmienił. Znowu pod wiatr. ... Przecież do domu miało być z wiatrem. "Zaschło w gębie." Woda z plecaka w biegu, bo nie ma czasu na postoje. Wracamy do punktu zbornego. Fajnie, przynajmniej się nie zastały kolana. W domu G. "Miałeś iść ze mną na rower." G. jest kobietą, G. ma 10 lat. G. wie, czego chce... No to jeszcze 5 km po zakończeniu trasy. Nie będę doliczał, bo to takie kręcenie po miasteczku.
Nosi mnie, wszędzie... Podróżuję ile wlezie - fakt, częściej pieszo niż na dwóch kółkach, ale rowerowanie staje się powoli równorzędną pasją z piechurowaniem.