ze znajomymi i do Mamy. :)

Wtorek, 1 maja 2012 · Komentarze(0)
Dawno planowany wyjazd, taki wspólnotowy i, co najważniejsze, ewidentnie z Nim.
8:40 startujemy z Ożarowa, trochę się wleczemy, ale przecież miał być wypoczynek, więc wleczenie jest uzasadnione.

Laski, w Laskach miał być centralny punkt dnia, B. idzie spytać, "niestety, ja tu teraz układam kwiaty, nie ma możliwości." Wychodzi, a tu "możecie odprawić Mszę w kaplicy tam w domu". Okazuje się, że B. spotkał znajome siostry, które akurat przyjechały na cały dzień do Lasek. Cieszymy się, bo ewidentnie jest to Jego sprawka, że tak się pokrzyżowały te ścieżki. "a ty jesteś klerykiem?" o rety, znowu się zaczęło, bynajmniej nie jestem... Mama miała rację, że trzeba się było nie ubierać na czarno... Ciszę i skupienie niestety przerwał mój własny prywatny żołądek. No, ale na jedzenie czasu nie ma, trzeba jechać dalej.
Trasa łączniczek AK, zaczyna robić się tłoczno na szlaku... Przy Krzyżu przerwa na łyk wody, spojrzenie na mapę no i suniemy dalej. Szlak staje się brukowaną drogą... niezbyt przyjemną szczerze powiedziawszy, potem trochę asfaltu i znów w las.

Potem, potem luksusowa droga rowerowa, z asfaltu i z przejazdami dla rowerów prawie, że do samych Cybulic. Rowery same jadą. "nie mam wody" "ja chcę loda" no to jedziemy na stację paliw. Loda zjeść trzeba, nie ma opcji. "Kanapki tu, czy w lesie" Kanapki w lesie, więc znowu uciekamy i jest. Miejsce idealne. Polanka, kłoda, sucho, komarów jakoś wybitnie mało, więc nie trzeba się zbytnio odganiać. Tylko ktoś tu się bał jakichś wyimaginowanych pająków. "Bo cały czas coś po mnie łazi..." Oj, nie jest dobrze, ktoś ma omamy. To już? Jedziemy już? Nie jedźmy, zjedliśmy. Idźmy spać, jest ciepło i przytulnie. Nie poszliśmy spać, a tu jeszcze, jak na złość narzucają jakieś mordercze tempo po tym lesie, dogonić się nie da. Dogoniłem. "Bo wy nas jakoś opóźniacie."

Dobra, to pojedziemy z przodu. No i masz... zgubiły się. Nie miały się gdzie zgubić tylko w miejscu gdzie są tony komarów. Znajdą się, przecież jest szlak. Na szlaku fajna górka, a na górkę trzeba wjechać... Kurde. Nie da się wjechać. "nie da rady." no dobra, inni też nie dali, więc nie jest tak źle.

Koniec tego lasu. Trzeba ogarnąć dokąd jedziemy. Zatrzymuje się samochód. "W CZYMŚ POMÓC?" (wypowiedziane tonem "chcecie wp..."). Konsternacja. Nie chcemy pomocy, naprawdę świetnie sobie radzimy. Pan strażnik wraca do autka i odjeżdża. A my, my już tylko przez wioszki, bez żadnych ciekawych wydarzeń.

Kampinos. Trzeba opracować drogę powrotną, bo przecież na głównej ruch straszny. "To może do Niepokalanowa" "Proszę bardzo, sam se jedź." Przecież to niedaleko, wcale dużo nie nadłożymy tej drogi. "Już jest późno." Dobra, jedziemy do Niepokalanowa. Matka się uśmiecha. Jak to Matka, pewno zadowolona, że ją odwiedziliśmy.

No to ostatnia prosta, jeszcze jakieś 20-30 km i jesteśmy w domu. Bez malowniczych zachodów słońca, ale z dziękczynieniem w czasie jazdy. Jeszcze tylko wpadliśmy na chwilę do Rokitna, znowu Mama nas zaprosiła, a Jej nie można przecież odmówić. Dobry dzień, dobra wycieczka. I na koniec... Na koniec była kiełbasa.

jak się uczy to trzeba

Poniedziałek, 30 kwietnia 2012 · Komentarze(0)
Cały dzień z książkami (f. to zaiste fascynujący przedmiot, obfituje w wrażenia), więc trzeba było coś zrobić, parę kilometrów - tak, dla przewietrzenia mózgu. Samemu, więc był czas na myślenie. Udało mi się depnąć. Trochę boli, chyba nie mam kondycji, ale wycieczka była pod hasłem "zdążyć przed zmrokiem". No ale na koniec zachód słońca jak się patrzy, żałuję, że nie zatrzymałem się cyknąć.

Trasa nudna, standardowa (autorstwa O.):
Ożarów - Ołtarzew - Umiastów - Pilaszków - Myszczyn - Zaborów - Wiktorów - Wólka - Mariew - Stanisławów - Borzęcin - Zalesie - Wojcieszyn - Koczargi - Lipków - Zielonki - Ożarów.

żeby się nie zastały kolana

Niedziela, 29 kwietnia 2012 · Komentarze(2)
Leniwa ta niedziela, sezon grillowy rozpoczęty, a to niezbyt dobre dla kondycji. Trzeba pojeździć, dobrze się złożyło, że M. chciał żeby się z nim przejechać "tak na luzie, nie bijemy rekordów, pogadamy sobie." Skoro tak, to ok, przejedziemy chociaż kawałek trasy przez wioszki w otulinie Kampinosu. Po drobnych sprzeczkach na temat topografii miasta ruszyliśmy. Jedziemy, przez pola, ruchu zero, wiatr w mordę, słońce w oczy i muchy w zęby. "Bo ja się umówiłem, nie jedźmy daleko." Kurde. Kolejny, wziął i się umówił! Trasy skracać tak za bardzo nie można. To źle robi trasie. Trzeba trochę przyspieszyć, bo innej opcji nie ma. Jest z wiatrem - jest prędkość. Wiatr się zmienił. Znowu pod wiatr. ... Przecież do domu miało być z wiatrem. "Zaschło w gębie." Woda z plecaka w biegu, bo nie ma czasu na postoje. Wracamy do punktu zbornego. Fajnie, przynajmniej się nie zastały kolana.
W domu G. "Miałeś iść ze mną na rower." G. jest kobietą, G. ma 10 lat. G. wie, czego chce... No to jeszcze 5 km po zakończeniu trasy. Nie będę doliczał, bo to takie kręcenie po miasteczku.

Trasa:
Ożarów - Ołtarzew - Pilaszków - Myszczyn - Zaborów - Wiktorów - Wólka - Mariew - Stanisławów - Borzęcin - Umiastów - Ołtarzew - Ożarów.

rekreacje przez bajoro

Sobota, 28 kwietnia 2012 · Komentarze(0)
Stało się - weekend, piękna pogoda, ciepełko, czas wolny, ranek, SMS od D., że ją wcześniej z pracy wypuszczą i, że trzeba coś ogarnąć, bo ona ma czas do 18. Był popyt - trzeba było zapewnić podaż. O 12:30 D. pojawiła się pod domem na swoim nowiutkim Authorze i o 13 wyruszyliśmy w traskę. Słoneczko dopisywało, wiatr w plecy, ruchu na wioszkach nie ma - czysta wolność i wypoczynek.
"A kiedy będą drzeeeewaaaaa." Rety, przecież drzewa są, przecież rosną - o tam dwa, tu trzy, a tam cała kępa - a Jej się całego lasu zachciało! Cóż... jak kobieta żąda, to się nie odmawia - zmiana trasy i suniemy w stronę Kampinosu. Dojechaliśmy, jest las. Jest krótka przerwa na jakieś ciastko i suniemy dalej. Przez las. Po piasku, więc zaczęła się zabawa - piasek, górki, wydmy, rozstaje. Ptaszki śpiewają, sosny szumią i o! Pierwsi rowerowi na trasie! "Nie jedźcie zielonym... jest błoto, przerwało groblę." No to dobra, pojedziemy naokoło, nie będziemy przecież pływać w strumyku z rowerkami. Zaczął się "folklor" - kapliczki, krzyże - przy takiej pogodzie jakoś tak... wyjątkowo ekstra wyglądały i cieszyły oczy. "Musimy wracać, bo ja muszę być w domu." Nie ma problemu, widać, że D. niekoniecznie chce wracać, przecież już rano mówiła, że ma ograniczony limit czasowy... Ok, tu skrócimy, tu zielonym, tu będzie wieś. Jakże wielkie było moje zdziwienie, gdy nagle, na trasie oczom ukazał się regularne, szerokie rozlewisko z pozostałością grobli. "Przecież miało być sucho". O kurde! to przecież ten sam zielony gdzie nas ostrzegali. "Ale ja mam trampki..." Może da się przejść suchą stopą. Ups, nie da się. Nie ma opcji, ani stopą, ani oponą, ani po drzewach - trzeba brodzić w mule do kostek, ale cóż... jest zabawa i chłodniej trochę. D. przeszła, trampki niby całe, ona zadowolona, moja kolej, Ha! pokażę, że mi się uda przejść na sucho! Przejechać! Przefrunąć! Ups. Nie dało się, cóż, w stopy chłodniej. Tylko jakoś tak, śmiesznie teraz buty "ciamkają" w pedałach. Koniec lasu, początek wioszki. Jest wioszka - jest sklep - "ja chcę kefir!" - jest kefir, jest zimna cola. I to tyle, powrót wioszkami, nudnym asfaltem do domku, odprowadzić D. na pociąg i tyle. Nic fascynującego, ale jednak... sympatycznie, można było trochę odpocząć. Wszyscy żyją, wszyscy zadowoleni, może trochę wody za mało mieliśmy, ale - przecież była woda. W trampkach.