rekreacje przez bajoro

Sobota, 28 kwietnia 2012 · Komentarze(0)
Stało się - weekend, piękna pogoda, ciepełko, czas wolny, ranek, SMS od D., że ją wcześniej z pracy wypuszczą i, że trzeba coś ogarnąć, bo ona ma czas do 18. Był popyt - trzeba było zapewnić podaż. O 12:30 D. pojawiła się pod domem na swoim nowiutkim Authorze i o 13 wyruszyliśmy w traskę. Słoneczko dopisywało, wiatr w plecy, ruchu na wioszkach nie ma - czysta wolność i wypoczynek.
"A kiedy będą drzeeeewaaaaa." Rety, przecież drzewa są, przecież rosną - o tam dwa, tu trzy, a tam cała kępa - a Jej się całego lasu zachciało! Cóż... jak kobieta żąda, to się nie odmawia - zmiana trasy i suniemy w stronę Kampinosu. Dojechaliśmy, jest las. Jest krótka przerwa na jakieś ciastko i suniemy dalej. Przez las. Po piasku, więc zaczęła się zabawa - piasek, górki, wydmy, rozstaje. Ptaszki śpiewają, sosny szumią i o! Pierwsi rowerowi na trasie! "Nie jedźcie zielonym... jest błoto, przerwało groblę." No to dobra, pojedziemy naokoło, nie będziemy przecież pływać w strumyku z rowerkami. Zaczął się "folklor" - kapliczki, krzyże - przy takiej pogodzie jakoś tak... wyjątkowo ekstra wyglądały i cieszyły oczy. "Musimy wracać, bo ja muszę być w domu." Nie ma problemu, widać, że D. niekoniecznie chce wracać, przecież już rano mówiła, że ma ograniczony limit czasowy... Ok, tu skrócimy, tu zielonym, tu będzie wieś. Jakże wielkie było moje zdziwienie, gdy nagle, na trasie oczom ukazał się regularne, szerokie rozlewisko z pozostałością grobli. "Przecież miało być sucho". O kurde! to przecież ten sam zielony gdzie nas ostrzegali. "Ale ja mam trampki..." Może da się przejść suchą stopą. Ups, nie da się. Nie ma opcji, ani stopą, ani oponą, ani po drzewach - trzeba brodzić w mule do kostek, ale cóż... jest zabawa i chłodniej trochę. D. przeszła, trampki niby całe, ona zadowolona, moja kolej, Ha! pokażę, że mi się uda przejść na sucho! Przejechać! Przefrunąć! Ups. Nie dało się, cóż, w stopy chłodniej. Tylko jakoś tak, śmiesznie teraz buty "ciamkają" w pedałach. Koniec lasu, początek wioszki. Jest wioszka - jest sklep - "ja chcę kefir!" - jest kefir, jest zimna cola. I to tyle, powrót wioszkami, nudnym asfaltem do domku, odprowadzić D. na pociąg i tyle. Nic fascynującego, ale jednak... sympatycznie, można było trochę odpocząć. Wszyscy żyją, wszyscy zadowoleni, może trochę wody za mało mieliśmy, ale - przecież była woda. W trampkach.

Komentarze (0)

Nie ma jeszcze komentarzy.
Wpisz trzy pierwsze znaki ze słowa lisze

Dozwolone znaczniki [b][/b] i [url=http://adres][/url]